Irulon prowadzi tutaj blog rowerowy

Tour de Poznan III

  • DST 42.98km
  • Teren 1.00km
  • Czas 01:55
  • VAVG 22.42km/h
  • Sprzęt Cube Analog
  • Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 16 maja 2011 | dodano: 16.05.2011

Zablokowałem się i nie mogę jakoś wyjechać z tego Poznania :)
Ale tym razem wykazałem się konsekwencją i ponownie odwiedziłem tajemnicze zakamarki na południowy-zachód od Os. Kopernika (w zasadzie jest to po prostu Junikowo, ale "tajemnicze zakamarki" brzmi lepiej).
A tak poza tym to raczej nuda, mniej lub bardziej jednostajne pedałowanie w średnim tempie.



Dotlenienie

  • DST 21.40km
  • Czas 00:55
  • VAVG 23.35km/h
  • Sprzęt Cube Analog
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 15 maja 2011 | dodano: 15.05.2011

Szybka przebieżka półtora raza wokół Malty i 2 razy wzdłuż Warty na wysokości Os. Piastowskiego.
Tak coby dotlenić się po wczorajszej Nocy Muzeuów, w trakcie której najciekawszym epizodem było Lubuskie Zielone (ja) i Lubuskie Wiśniowe (żona) oraz rosyjska powieść sensacyjna z połowy lat 90-tych ubiegłego wieku, którą żona mi wprawnie streściła, kiedy - zawsze ciekawy nowych wrażeń - podetknąłem jej ją pod nos w trakcie konsumpcji wspomnianego Wiśniowego w pubie Za Kulisami.



Tour de Poznan II

  • DST 33.90km
  • Teren 1.00km
  • Czas 01:29
  • VAVG 22.85km/h
  • Sprzęt Cube Analog
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 14 maja 2011 | dodano: 15.05.2011

Ostatnim razem odgrażałem się, że już nie będę jeździł po Poznaniu, bo czekanie na światłach jest irytujące. Dlatego z typowym dla mnie brakiem konsekwencji zrobiłem sobie Tour de Poznan II :)
Ponieważ zeszłym razem upolowałem 2 wieżowce z lat 60-tych, będących fajnymi przykładami budownictwa wielorodzinnego sprzed epoki wielkiej płyty, postanowiłem dodać do kolekcji kilka kolejnych. Mowa tu o miniwieżowcu przy ul. Prusa (znanego między innymi z tego, że jest tam siedziba Miejskiej Pracowni Urbanistycznej), budynku przy ul. Lodowej przy Rynku Łazarskim oraz pierwszemu poznańskiemu skajskrejperowi przy skrzyżowaniu Grochowskiej z Grunwaldzką.
I cóż się okazało? Budynek przy Prusa mocno podupadł, fasada jest w kiepskim stanie. A wyglądał kiedyś tak ładnie... Na Lodowej dokonano odnowienia budynku, w barbarzyński sposób zakrywając tak miły dla oka (a mi kojarzący się z budownictwem w Wielkiej Brytanii) fragment ceglanej fasady. Tylko budynek na Grochowskiej mnie nie zaskoczył, ale to dlatego, że często go ostatnio widuję.
Na koniec dodam tylko, że mój powrót nastąpił przez ciągle mało przeze mnie spenetrowane tereny Os. Kopernika oraz osiedla Fabianowo i Rudnicze. Niestety, nie miałem czasu aby tam pobłądzić w celach poznawczych, bo musiałem zdążyć do domu na 11 (i tak nie zdążyłem, co moja lepsza połowa uznała za stosowne mi wypomnieć).

Budynek przy Prusa


Budynek na Lodowej


Budynek przy Grochowskiej




Z żoną na spacer, part three

  • DST 20.60km
  • Sprzęt Cube Analog
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 11 maja 2011 | dodano: 11.05.2011

Stwierdzam, że dla wyjazdów z żoną nie będę podawać czasu wycieczki, żeby średnia prędkość wycieczki nie zmniejszała mojej "overall" średniej prędkości.

Gwoli sprawiedliwości muszę dodać, że ma lepsza połowa sprawnie podjechała pod górę ulicą Łęgi Dębińskie od Dolnej Wildy do Saperskiej. Myślę, że na Osową też podjedzie. Pora zatem pojechać wspólnie w okolice Puszczykowa!

Powiedziałem jej, że podjazd na Osową jest tak samo stromy, ale tylko dwa razy dłuższy i chyba znowu skłamałem... Ajem iwil.



Po Poznaniu

  • DST 45.03km
  • Czas 02:01
  • VAVG 22.33km/h
  • Sprzęt Cube Analog
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 8 maja 2011 | dodano: 08.05.2011

Dziś od rana słońce się nie pokazało, choć miało być ciepło. Po obowiązkowej jajecznicy na śniadanie, niezrażony brakiem słońca, zabezpieczony przed wiatrem moją kurteczką w kolorze gejowo-wiśniowym, ruszyłem przed siebie. Dopiero po kilku minutach pedałowania Kurlandzką zdecydowałem, gdzie dziś pojadę. Wymyśliłem sobie taki szybki tour de Poznań.
Jak zwykle, zachwycałem się urodą i brzydotą mego rodzinnego miasta. I jak zwykle, czymś mnie ono zaskoczyło!
Po przebiciu się przez ratajskie blokowiska, wjechałem "we Wildę". A na Wildzie wiadomo - kamienice sprzed I w.ś., ale także trochę budownictwa międzywojennego i powojennego. Dla mnie perełką jest piękny (wg mnie) i modernistyczny (chyba) w formie wieżowiec przy ul. 28 Czerwca 1956, przed szpitalem ortopedycznym.


Dalej jechałem po wildeckich zakątkach po drugiej stronie jej głównej arterii. I tu oto natknąłem się na ciekawe graffiti koło placu zabaw przy ul. Garczyńskiego.

Tuż przed strategicznym skrętem w Św. Czesława (i dalej na Stary Rynek przez Rybaki i Półwiejską) zadzwonił do mnie Josip. Kolejny raz nie udało się nam umówić, bo jak to zazwyczaj bywa, ja lubię sobie wyjść na rower rano i przedpołudniem, a Josip trochę później. No ale nic to, co się odwlecze, to nie uciecze!
Po przejechaniu Starego Rynku była Cytadela. Wjechałem tam wąwóz wzdłuż dawnych obwarowań i tak się zakręciłem, że objechałem ją dookoła, choć planowałem wyjechać na wysokości Gronowej. Musiałem więc zawrócić Winogradami, aby przebić się potem przez Os. Pod Lipami w stronę Bonina. Na Boninie ufociłem majestatyczne wieżowce wzdłuż ul. Witosa, wiekowo chyba zbliżone do tego na Wildzie.

Potem była Rusałka, Ogrody, Swoboda, Marcelińska, Promienista, nieco Łazarza (bez zdjęć tym razem) i powrót Królowej Jadwigi. Powrót ten był paskudny, jako że jechałem jak samochód i co chwila stawałem na czerwonych światłach, grrr. Następny wypad będzie za miasto, bez zatrzymywania się co chwila!

/



Z Młodym przez chęchy i asfalty

  • DST 50.20km
  • Teren 18.00km
  • Czas 02:34
  • VAVG 19.56km/h
  • Sprzęt Cube Analog
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 7 maja 2011 | dodano: 07.05.2011

Młodszy mój brat zapragnął poznać czym smakuje życie cyklisty. I poznał!

A smakuje ono muchami w gębie, piaskiem pod kołami i wiejącym wmordewindem. Nie poddał się jednak, był z niego, wg jego własnych słów, "twardy słowian, a nie miętka nindża". Tak czy siak, 50 km udało się zrobić, co jest niezłym wyczynem, zważywszy na raczej stacjonarny tryb życia Młodego.

Trasa wiodła nas wzdłuż Cybiny do skraju Swarzędza, tajemniczym skrótem do Spławi, wiaduktami przez chlubę GDDKiA (niekulczykowa część A2 i S11), szczęśliwym skrótem przez ogródki (bylibyśmy zgubieni, gdyby nie miły pan oliwiący furtkę, którą przy okazji nam odkluczył) do Koninka. W Koninku wybraliśmy dłuższy wariant powrotny do Głuszyny (przez Daszewice i Babki, a nie Sypniewo). Ostatecznie Głuszynę minęliśmy z prawej, korzystając z od Babek z czerwonego szlaku rowerowego, który wyprowadził nas do Minikowa, a potem do domu.


Oto i ja w pełnej rowerowej krasie!


A to majaczące na horyzoncie bloki tzw. górnego tarasu Rataj. Rataje to ponoć drugie, po warszawskim Ursynowie, blokowisko w Polsce.

/



Na Dziewiczą po raz wtóry

  • DST 33.10km
  • Teren 8.00km
  • Czas 02:05
  • VAVG 15.89km/h
  • Sprzęt Cube Analog
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 1 maja 2011 | dodano: 01.05.2011

Niedzielno pierwszomajowa wycieczka na Dziewiczą Górę z żoną i bratem. Pogoda ładna, słońce świeciło, ale miejscami wiał zimny wiatr. Wieża obserwacyjna na szczycie była dostępna, więc skorzystaliśmy. Widoki przy słonecznym i bezchmurnymi niebie bardzo fajne. W drodze powrotnej żona złapała panę, ku swemu oburzeniu odkrywając, że przyczyną nie był gwóźdź (co usprawiedliwiałoby przebicie nowej opony), ale jakaś materia organiczna, coś jak kolec od róży.







/



Nad Kierskie

  • DST 60.50km
  • Teren 15.00km
  • Czas 02:31
  • VAVG 24.04km/h
  • Sprzęt Cube Analog
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 30 kwietnia 2011 | dodano: 30.04.2011

Rankiem 8 września 1939 roku, głównodowodzący cofającą się na Warszawę Armią "Poznań" gen. Tadeusz Kutrzeba, widząc lukę między pędzącymi na stolicę Rzeczypospolitej niemieckimi czołgami a pozostającą w tyle piechotą, zaproponował Wodzowi Naczelnemu koncepcję zwrotu zaczepnego w kierunku południowym wspólnie z cofającą się od północy Armią "Pomorze". Polskie kontrnatarcie i walki jakie się wówczas wywiązały przeszły do historii jako bitwa nad Bzurą.
Jakkolwiek obrazoburczo to nie zabrzmi, rankiem 30 kwietnia 2011, podczas porannej kawy, narodziła się we mnie koncepcja objechania jeziora Kierskiego. Niezrażony zimnym wiatrem, którego nie łagodziły promienie porannego słońca (wyjechałem po 8), wyruszyłem asfaltami, przebijając się wzdłuż Malty, przez Śródkę, w stronę Sołacza. Po drodze wypadło mi pedałować także przez ulicę Armii Poznań i stąd nawiązanie do bohaterskich żołnierzy kampanii wrześniowej (pamiętajmy o nich!).
Z Sołacza trafiłem nad Rusałkę, gdzie urządziłem sobie krótki postój na pomoście, aby rozćwiczyć nogę bez ACL z pomocą specjalnie zabranej gumy. Następnie pocisnąłem żwawo w kierunku jeziora Strzeszyńskiego. Tuż za nim zgubiłem ścieżkę (co nie jest trudne, gdyż nie jest zbyt dobrze oznakowana) i pojechałem w kierunku przejazdu kolejowego w Psarskich. Próbując znaleźć ścieżkę ruszyłem na południe ulicą Słupską, ale kiedy nie udało mi się odnaleźć szlaku skręciłem po jakimś czasie w lewo co było dobrym pomysłem, gdyż po krótkiej jeździe wśród drzew ukazało się mym oczom jezioro Kierskie!
Tu muszę zrobić pauzę i odnotować (bez zbytniej dumy), że to dopiero pierwsza moja wizyta nad nim na rowerze. Jazda na północ wzdłuż wschodniego brzegu jeziora była dość łatwa, kłopoty zaczęły się, kiedy wyjechawszy do Kiekrza, próbowałem wrócić na szlak prowadzący wzdłuż jeziora, rychło - metodą prób i błędów - dowiedziałem się, że takowy (na wzór np. Malty) nie istnieje. Brzeg jest bowiem częściowo niedostępny ze względu na użytki rolne lub ogrodzone przystanie i ośrodki.
Po objechaniu północnego krańca jeziora próbowałem jeszcze bezskutecznie podążać jego zachodnim brzegiem. Przekonawszy się, że to niemożliwe, pomknąłem przez Chyby w kierunku Baranowa, po drodze zaliczając znany mi dobrze fragment drogi wojewódzkiej nr 184 do Szamotuł. W Baranowie skorzystałem z przejścia podziemnego, żeby pokonać jak zwykle ruchliwą dwupasmową drogę krajową nr 92, pamiątkę po „złotej dekadzie” Gierka. Zadłużył nas ten Ślązak niemożebnie, ale na szczęście drogi za jego czasów budowano nie tylko na Śląsku. Kiedy jedzie się na południe, Baranowo płynnie zmienia się w Przeźmierowo. Za Przeźmierowem czekało mnie rondo na kolejnej drodze wojewódzkiej (nr 307) w kierunku Nowego Tomyśla. Ta droga, niczym za Gierka, jest rozbudowywana (apgrejdowana jak się teraz czasem mówi) do dwóch pasów. Tyle, że tym razem rządzi nami Kaszub. Nie wdając się tutaj w dłuższe polityczno-gospodarcze dywagacje, wypadnie zauważyć, że za rondem zaczyna się kolejna podpoznańska wieś, Wysogotowo. Do znajdującego się za Wysogotowem Skórzewa już nie wjechałem, zanurzając się w las. Trochę w nim pobłądziłem, ale ostatecznie wyjechałem w okolicy ulicy Złotowskiej, skręciłem w Owczą i ponownie wjechałem do lasu.
Tym razem był to Lasek Marceliński, słynny między innymi z tego, że czasem nadużywa w nim alkoholu mój młodszy brat. W sąsiedztwie Lasku jest stadion Dumy Wielkopolski, której kibicem jest rzeczony brat. Minąwszy z prawej stadion, wjechałem na Bułgarską, obejrzałem kataklizm zwany przebudową skrzyżowania owej ulicy z Grunwaldzką (korki na tej pierwszej widzę na co dzień z okien mego biurwca), by następnie wrócić do domu ulicami Palacza, Dmowskiego, Hetmańską, Pawią, Inflancką i Kurlandzką.
Wróciwszy, wypiłem zasłużone piwo Specjal (z uwagi na rodowód tego napoju, można by tu nawiązać do wspomnianego już Kaszuba i żołnierzy Armii „Pomorze”, ale skojarzenia to przekleństwo, więc dajmy sobie spokój).

/



Rozdziewiczona Góra

  • DST 36.00km
  • Teren 15.00km
  • Czas 01:33
  • VAVG 23.23km/h
  • Sprzęt Cube Analog
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 27 kwietnia 2011 | dodano: 27.04.2011

To, że po raz pierwszy wjechałem na Dziewiczą Górę rowerem nie jest bynajmniej powodem do chwały, ale stanowczo należy ten fakt odnotować. Nie wiedzieć czemu, żyłem w przeświadczeniu, że to strasznie daleko, a przecież po wybraniu najkrótszego asfaltu byłem tam w niespełna pół godziny, bo to tylko nieco ponad 11 km.
Przeklętej wieży obserwacyjnej na szczycie wcale nie było widać zza drzew i początkowo minąłem ją! Żeby do niej wrócić (kiedy w końcu raczyła się ukazać na moment) zatoczyłem łuk po piaszczystych drogach na północny-zachód od niej. Niestety kiedy wjechałem na szczyt, zaczęło się robić ciemno i nie mogłem poeksplorować (podeflorować? fuj, jakie sprośne żarty) okolicy tak jak bym chciał. Ponieważ nie lubię zbytnio wracać tą samą drogą, to skoro na górę wjechałem od Czerwonaka, postanowiłem wracać przez Kicin i Kozie Czaszki, a przejechawszy tory w Karolinie wybrałem Chemiczną i Hlonda, zamiast Gdyńskiej i Krańcowej, którymi jechałem w drodze do Czerwonaka.



In der Nahe von Samtern

  • DST 38.10km
  • Teren 18.00km
  • Czas 02:38
  • VAVG 14.47km/h
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 24 kwietnia 2011 | dodano: 24.04.2011

Wycieczka w rodzinnych okolicach mojej żony. Prowadził szwagier.
Moim rumakiem był rower, którego z racji na jego wiek wypada nazwać Wiarus. Jego stalowy korpus w porównaniu z obecnie sprzedawanymi rowerami jawi się niczym czołgowy pancerz. A to przecież 15 lat temu był wypasiony rower terenowy! :) W dodatku możliwości manewru przerzutką na tylnym kole ograniczało się do 3 najcięższych przełożeń. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że moja żona i szwagierka nie miały lepszego sprzętu, jedynie rzeczony szwagier wartko popylał na 9-letnim Authorze Horizonie.

Nasza trasa biegła po ścieżce pieszo-rowerowej, niedawno wybudowanej przez WZDW (chwała mu, chwała!) wzdłuż drogi nr 187 z Szamotuł do Obornik. W Ludwikowie odbiliśmy w lewo, by piaszczystą droga dostać się przez pola i lasy do zniszczonego młyna na rzeczce Samicy. Po krótkim postoju zawróciliśmy, przebiliśmy się do Jaryszkowa, by w drodze do Obrzycka podziwiać opuszczony most kolejowy na szlaku Oborniki - Wronki. Most ten jest zaiste bardzo malowniczy i, podobnie jak opuszczony młyn, służył już nieraz jako plener zdjęć ślubnych. Po jego zwiedzeniu bez problemu dojechaliśmy do Obrzycka, przyjęliśmy jakże potrzebne kalorie w postaci lodów śmietankowych, by następnie wracać wzdłuż drogi wojewódzkiej nr 185 do Szamotuł. Wzdłuż drogi tej ta NIE MA ścieżki rowerowej (kiedyż, ach kiedyż ją zbudujesz, drogi Wojewódzki Zarządzie?), dlatego by na chwilę odpocząć od nie zawsze miłych wrażeń jakich dostarczały mijające nas w pędzie >100 km/h samochody, zjechaliśmy w bok do Słopanowa. Miejscowość ta szczyci się zabytkowym drewnianym kościółkiem, z ładnym freskami na deskach wewnątrz. Niestety, z uwagi na zbliżającą się mszę nie udało nam się odszukać na ścianie ewenementu na skalę światową, czyli malunku przedstawiającego diabła. Nie dość, że diabeł w kościele to rarytas, to ten ponoć porywa karczmarkę, za to, iż "nie dolewała". Po szybkim zwiedzaniu świątyni, udaliśmy się w drogę powrotną.

Podsumowując - naprawdę ciekawa i dość malownicza wycieczka, wiodąca przez piaszczyste dukty w sosnowym borze, chwilami pokazująca malowniczą dolinę Warty i skraj Puszczy Noteckiej na jej prawym brzegu. Trzeba tam będzie wrócić na lepszym sprzęcie :)

A poniżej most w Bręczewie i Warta.