Kobylnica i Czerwonak
-
DST
45.70km
-
Teren
11.20km
-
Czas
02:08
-
VAVG
21.42km/h
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dziś są moje imieniny! Z tej to okazji, postanowiłem sobie wybrać się na rower, ruch na świeżym powietrzu to najlepszy prezent. Uch, cóż ja tu za komunały prawię.
W każdym razie postanowiłem ruszyć dupsko i - schowawszy włosy pod podarowanym przez brata buffem (podobno od słońca wypadają włosy!) - ociężale ruszyłem wzdłuż Cybiny i przez Antoninek do Gruszczyna i Kobylnicy. W Kobylnicy na ponad godzinę zasiedziałem się u Kolegi z Wojska (nie byłem w wojsku! z kim się więc spotkałem? zagadka). Kiedy wyszedłem, było już na tyle późno, że nie zdecydowałem się na Dziewiczą Górę, tylko przebiłem się do Mielna przez malownicze, łagodne przewyższenie przecięte kocimi łbami polnej drogi. Stamtąd już, skrajem Puszczy Zielonki, udałem się drogą powiatową (była zrobiona w ramach ZPORR jeszcze w bodajże 2005 roku, a już jest spękana tu i ówdzie...) do Czerwonaka. Z Czerwonaka wróciłem drogą wojewódzką do Poznania (na drogi wojewódzkie nie narzekam, bo pracuje tam część rodziny), gdzie trochę wydłużyłem sobie powrót, przekraczając dwa razy Wartę.
Jednym słowem, można było więcej kaemów zrobić, ale spotkanie towarzyskie przeważyło. A ja po raz kolejny i tym razem publicznie i na piśmie obiecuję sobie więcej do Zielonki jeździć. Bo Zielonka i okolice są przecież takie ciekawe i malownicze. Jak na załączonym obrazku :)
/
Wieczorową porą
-
DST
15.50km
-
Teren
1.50km
-
Czas
00:39
-
VAVG
23.85km/h
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Drogi pamiętniku, nie pisałem tego jeszcze, ale nie mam ACL w prawym kolanie. ACL to po prostu anterior cruciate ligament czyli więzadło krzyżowe przednie. Oznacza to w skrócie, że nie mogę: biegać, skakać i uganiać się za kobietami (przynajmniej tymi, które uciekają). W nieodległej przyszłości mam nadzieję mieć owo więzadło zrekonstruowane, ale póki co, rower, pływanie i siłownia to moje jedyne aktywności ruchowe. Głównie rower, bo za siłownię nie chce mi się płacić, czekam aż firma mi zafunduje darmową.
Tak więc w porze, w której zwyczajowo grywałem w kosza, wyszedłem sobie na rower w okolice Malty i moich ukochanych słowiańskich osiedli Lecha, Czecha i Rusa, żeby się rozgrzać przed wieczornymi ćwiczeniami. Ale zamiast ćwiczyć robię ten wpis... No, nic, koniec i do roboty!
Aaa, i dodam jeszcze, że muszki zaczęły latać, pora zacząć powoli jeździć w okularach.
Szczytniki i Babki
-
DST
37.40km
-
Teren
5.00km
-
Czas
01:33
-
VAVG
24.13km/h
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Cóż można robić 16 kwietnia? Prawdziwy twardziel, cyklista i Poznaniak jest w rozterce. Do zaliczenia jest przecież i maraton w Dolsku i mecz Lecha z Legią.
Ja nie uczestniczyłem w żadnej z wymienionych imprez (w jakim świetle mnie to stawia?!), a przed rodzinnym wyjazdem do ojczystego miasta Wacława z Szamotuł (wbrew plotkom nie urodził się we Wronkach :), miałem chwilę czasu na krótką wycieczkę. Zdecydowałem się na asfalty, chcąc eksplorować obszar na południe od lotniska w Krzesinach, gdzie tak haniebnie straciłem orientację podczas wspólnej wycieczki z Josipem do Kubalina.
Zaczęło się nieco ospale, prędkość nie przekraczała 30 km/h, wiosenne słońce miło świeciło, w słuchawkach trzeszczały elektroniczno-gotyckawe bity In Strict Confidence. Za ogródkami działkowymi w Krzesinach celowo skręciłem od razu na Szczytniki. Już poniewczasie zorientowałem się, że manewr ten oznacza, że - o ile nie chcę jechać do Sypniewa - muszę na własną rękę sforsować rzeczkę Głuszynę. Jadąc chwilę wzdłuż jej koryta znalazłem po chwili całkiem dogodną przeprawę :)
Tak sforsowawszy ten ciek wodny bez znaczenia strategicznego, musiałem jeszcze przebić się przez zagajnik, by wyjechać na tyły zabudowań w Koninku i od razu odnaleźć czerwony szlak rowerowy. Potem już bez większych kłopotów dojechałem do Daszewic, minąłem Babki, dojechałem do Czapur i zadowolony z siebie wjechałem Starołęcką do Poznania i przez Minikowo i Obodrzycką wróciłem do domu.
src="
Z żoną na spacer, part two
-
DST
12.40km
-
Teren
11.00km
-
Czas
00:56
-
VAVG
13.29km/h
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Wycieczka wokół Olszaka i wzdłuż Cybiny. Zimny wiatr i sporadycznie tylko pokazujące się słońce było niczym wobec wyrzutów żony, która zganiła mnie za skorzystanie z pierwszeństwa przejazdu na prawidłowo oznakowanym przejściu pieszo-rowerowym przez Browarną :)
Szachty
-
DST
37.40km
-
Teren
3.00km
-
Czas
01:56
-
VAVG
19.34km/h
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
To był wyjazd jakiego mi było trzeba - krajoznawczo-refleksyjny, w spokojnym tempie. Zresztą wiejący zimny wmordewind raczej zniechęcał do ostrzejszej jazdy, a słońce pokazywało się tylko sporadycznie zza szybko pędzących chmur. Zacząłem ambientowo od klasycznego już "Lifeforms" grupy Future Sound Of London w słuchawkach. Podczas przeprawy przez ratajskie osiedla w kierunku Wildy natknąłem się na kawalkadę motocyklistów spod znaku Hell's Angels. Ale to nie ich motocykle zwróciły moją uwagę, tylko dziwny pojazd wyglądający jak przerobiony na limuzynę Hummer.
Na Wildzie nie zabawiłem długo, przebiwszy się przez dolny Łazarz pojechałem na Górczyn, przekroczyłem tory kolejowe ulicą Kopanina, przemknąłem nowym wiaduktem nad Głogowską i udałem się w kierunku Świerczewa. Tam mój trud został nagrodzony, bo czekał mnie malowniczy odcinek między szachtami. Szachty to glinianki - zalane wyrobiska gliny przy działających w XIX i XX w. cegielniach. Swoją drogą to ciekawe, że te poprzemysłowe zbiorniki wodne (gdyby w XIX w. był ruch zielonych to protestowali by pewnie na maksa przeciw ich tworzeniu) są teraz ważną częścią lokalnego ekosystemu i ostoją ptactwa. A zieloni protestowali (słusznie zresztą i z sukcesem) przeciwko ich naruszeniu podczas przebudowy Głogowskiej. Wąską ścieżką wśród stawów wyjechałem na tyły zabudowy przy ulicy Leszczyńskie, by już dynamiczniej (teraz nadeszła pora na kolejne odsłuchanie "Irreligious" Moonspella) pojechać do Lubonia. Potem wśród wiejącego wiatru i bez większych perturbacji wróciłem asfaltami do mej betonowej chatki.
Ale wróciłem bogatszy o krajobrazowe doznania, które można nabyć nie wyjeżdżając nawet z administracyjnych granic Poznania.
/
Szlakiem Prezesa
-
DST
59.50km
-
Teren
15.00km
-
Czas
02:29
-
VAVG
23.96km/h
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
To miał być rekreacyjny wyjazd po pracy w spokojnym tempie. W słuchawkach sączył się budzący licealne wspomnienia "Irreligious" Moonspella. Było miło i przyjemnie. W drodze na Dębiec zwiedzałem ratajskie osiedla, podziwiając lokalne atrakcje, takie jak np. osioł przy przedszkolu na Os. Orła Białego.
Właśnie nielegalnie przekraczałem tory w drodze na opuszczony cmentarz na Świerczewie, kiedy nagle zadzwonił Josip. Na swoją zgubę odebrałem. Niespełna godzinę później byłem nieopodal wzorcowego gospodarstwa Kubalin, które swego czasu nawiedził sam Prezes.
W drodze do Kubalina jechaliśmy częściowo asfaltami, częściowo chęchami jakimiś. Jeżdżę w tych rejonach już parę lat, a ten niecnota Josip niemal na manowce mnie wyprowadził, bo miejscami nie wiedziałem gdzie jestem. Wiem tylko, że minęliśmy Koninko, Szczytniki, Babki i Daszewice. W każdym razie, z ulgą powitałem znajomy mi szlak z płyt betonowych pod Wiórkiem, skąd wzdłuż Starołęckiej, Czernichowskiej i dalej przez Minikowo i Obodrzycką wróciłem do pachnącej rodzinnym domem Kurlandzkiej.
Z żoną na spacer, part one
-
DST
19.20km
-
Czas
01:26
-
VAVG
13.40km/h
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Ktoś uważnie czytający moje wpisy łacno pozna mój rozkład dzisiejszego dnia. Rano kefir, potem WuPeN. A potem regeneracyjny obiad, chwila odpoczynku i popołudniowy wyjazd z żoną. Zaryzykowałem przejazd nad Maltą (istne tłumy, w tym dziewczynka na hulajnodze, która omal nie wpadła pod koła mej jedynej), by potem skierować nas ulicą Katowicką, Milczańską przez Osiedle Oświecenia, Rzeczpospolitej i Piastowskie nad Wartę. A potem do mostu Rocha, na Stary Rynek (kilka lokali zdążyło rozstawić stoliki na płycie rynku, brawo!) i z powrotem Estkowskiego, wałem do Grobli i znowu mostem Rocha na Os. Rusa. Wyszło prawie 20 km, całkiem nieźle. Parametry wyjazdu może nie imponują, ale towarzystwo przednie, bo moja żona to dopiero ma parametry :)
Już konkretniej
-
DST
73.91km
-
Teren
35.00km
-
Czas
03:19
-
VAVG
22.28km/h
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Po zażyciu porannej porcji kefiru (polecam rano, nie tylko po imprezach!), mogłem wyruszyć w wielki świat. Zaczęło się konkretnie, z Robem Zombie w słuchawkach pomknąłem przez Minikowo asfaltem w kierunku Wiórka. Za Wiórkiem zapadłem sosnowy bór i po chwili odnalazłem Łabędzi Szlak Rowerowy. Jego nazwa jest jak najbardziej właściwa, bo wiedzie on wzdłuż starorzeczy i głównego koryta Warty. Były też łabędzie, o czym można przekonać się poniżej.
Chwilę po tym jak ufociłem łabądki, zadzwonił Josip. Zaproponował spotkanie nad jeziorem Jarosławieckim w WPN, sugerując żebym przebijał się do niego przez Osową Górę. Odparłem, że postaram się, ale mogę się zgubić. I rzeczywiście! Na Osową wjechałem bez większych problemów. Objechałem glinianki i wjechałem do WPN, zjeżdżając do malowniczego jeziorka Kociołek. A potem zabłądziłem :)
Telefon do przyjaciela mnie jednak uratował, Josip pokierował mnie do Trzebawia, gdzie się spotkaliśmy. Od słowa do słowa postanowiliśmy jechać w dół do Mosiny i Rogalinka, jednak nad błotnistym brzegiem jeziora Dymaczewskiego urwał nam się szlak. Musieliśmy więc wrócić do Trzebawia, gdzie się jednak rozstaliśmy. Josip ruszył dalej, żeby zrobić planowaną na dzisiaj stówę (trzymam za słowo!). Ja pocisnąłem w kierunku Grajzerówki, pojechałem nią do Puszczykówka, a potem już asfaltami przez Luboń i Starołękę wróciłem na Rataje.
Warte odnotowania jest, że na całej trasie kłębili się rowerzyści i spacerowicze (efekt pięknej niedzielnej pogody!), a istna kulminacja miała miejsce na przejeździe kolejowym w Puszczykówku, gdzie po obu stronach torów czekało chyba z 30 rowerzystów.
src='/
Na skromny początek
-
DST
13.92km
-
Teren
9.00km
-
Czas
00:37
-
VAVG
22.57km/h
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Pewnie lepiej by było, gdyby mój pierwszy wpis dotyczył sążnistej wycieczki za miasto, ale tak się złożyło, że miałem tylko niecałą godzinę do dyspozycji między wizytą u teściów, a wieczornym wyjściem celem alkoholizowania się (ale kiedy to piszę jestem już po porannym kefirku i jest dobrze :)
Wyruszyłem więc w najbliższe mi rejony - wschodni kraniec jeziora Maltańskiego i dolinę Cybiny. Zapuściłem się pod Nową Wieś, gdzie po zlustrowaniu nowej hydroinwestycji (zbiornik retencyjny?) między ulicą Majakowskiego i ogródkami działkowymi koło torów kolejowych wyjechałem na leśny dukt. I oczom mym ukazało się majestatyczne drzewo, które nie wiedzieć czemu przypomniało mi Drzewo Śmierci z filmu "Jeździec bez głowy".


