Indoor cycling
-
Czas
00:49
-
HRavg
133( 70%)
-
Kalorie 487kcal
-
Aktywność Jazda na rowerze
Do tej pory spinningu nie wpisywałem, bo nie bardzo było co - żadnych kilometrów przejechanych. No, czas treningu najwyżej można było wpisać.
Tak się jednak składa, że dostałem pulsometr na urodziny (mam w marcu, jestem zodiakalnymi Rybami, co czyni mnie mistrzem ars amandi zgodnie z większością horoskopów jakie znam). Co prawda spinning z pulsometrem uprawiałem już wcześniej, jeżdżąc na sobotnie i niedzielne zajęcia do klubu Olymp na Smoluchowskiego (polecam!), jednak co własny sprzęt to własny sprzęt (a ten sprzęt to Sigma PC 9, póki co się sprawdza :)
Tak więc nie ma już wymówki, postanowiłem wreszcie zacząć wpisywać treningi "indoorowe".
Zaczynam od wtorkowego treningu z Maciejem w Remplusie na Katowickiej. Maciej jeszcze nigdy mnie nie zawiódł - zawsze fajna muza, zagrzewanie do pracy i miła atmosfera. Co więcej, Maciej ma tę pozytywną cechę, że dokładnie omawia trening i uprzedza o podjazdach i przerwach, co pozwala dobrze rozłożyć siły.
Inauguracja 2012
-
DST
20.00km
-
Teren
12.00km
-
Czas
01:08
-
VAVG
17.65km/h
-
Temperatura
-8.0°C
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Wczoraj był indoor cycling z Josipem, a dziś wyjście na rower. Gdyby nie wspomniany Josip, pewnie bym tyłka nie ruszył. A więc Josipie - dzięki! Bo warto było.
Mi głównie chodziło o to, żeby mieć pretekst do pobycia na świeżym powietrzu, pedałowanie miało raczej uchronić przed zmarznięciem i nudą.
A pedałowało się całkiem przyjemnie, mróz raczej nie doskwierał (bo co to jest -8 przy słonecznej pogodzie)... Piszę raczej, bo jednak, mimo 3 par skarpet, duży palec u obu nóg mi odmarzł i mocno piekł, kiedy wróciłem po nieco ponad godzinie do domu.
O ile Josip jako inicjator wyprawy sprawdził się wyśmienicie, to potem gdzieś zaczął wyrywać do przodu, pogadać nie można było :)
Taki z niego wyczynowiec. A ja - wiadomo - rekreacja :)
PS Od grudnia chodzę regularnie na indoor cycling, ok. 1-3 razy w tygodniu, ale nie wrzucam na bloga, bo mi się nie chce.
Chłostany zimnym wiatrem, cyklista prze do przodu
-
DST
64.10km
-
Teren
30.00km
-
Czas
03:05
-
VAVG
20.79km/h
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Do dworca PKP w Puszczykowie przez Rondo Starołęka, Dolną Wildę i nadwarciańskim od Lubonia. A po spotkaniu Josipa tamże przez Puszczykowskie Góry, wokół Jarosławieckiego i dalej przez Komorniki do Lubonia, powrót przez Świerczewo i ponownie Dolną Wildę i Rondo Starołęka.
W zasadzie większość opisał Josip (w tym i popsioczył na pogodę - faktycznie, nieprzyjemnie wiało), ja ograniczę się do podania własnych statystyk oraz ostrzeżenia: pierwszy mostek na trasie nadwarciańskiej od Lubonia do Puszczykowa - zaraz za dawną przeprawą promową w Kątniku - jest w remoncie.
Solinari
-
DST
24.90km
-
Teren
18.00km
-
Czas
01:10
-
VAVG
21.34km/h
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Pogoda w niedzielę była nieco myląca. Nad ranem pokropiło i wilgoć się utrzymywała przez dłuższy czas. A potem przyszedł wiatr, który wprawdzie szybko przesuszył asfalt, ale był dość przenikliwy, więc pomimo, że termometr pokazywał 8 st., to było dość zimno.
Wyruszyłem po 13, a więc dość późno jak na mnie. Zaplanowałem krótką wycieczkę, przez Olszak do Garbów, powrót przez Szczepankowo i Kobylepole.
Pogoda była wietrzna i szarobura, choć momentami przez chmury przebijało się zachodzące już słońce. W takich okolicznościach przyrody postanowiłem zapodać sobie dousznie album "Solinari", amerykańskiej formacji doom-death metalowej Morgion. Nie zaowocowało to szybką jazdą, bo jak się można spodziewać, "Solinari" to album utrzymany w wolnym tempie, z walcowatymi, charkotliwymi riffami przeplatanymi ambientowymi, nastrojowymi wstawkami, budującymi ponury, choć nie do końca złowrogi nastrój.
Nie czułem więc presji, aby jechać szybko, co więcej - czasem nawet zwalniałem, żeby zmniejszyć szum wiatru w uszach i lepiej słyszeć muzykę :)
Muzyka świetnie komponowała mi się z aurą, a w jednym momencie aż ciary przeszły mi po plecach: akurat jakieś tajemnicze odgłosy słyszałem w słuchwkach, a tu nagle wiatr uderzył w poszycie przede mną i jechałem otoczony wirującymi liśćmi. Czary, normalnie :)
Stary Rynek - Sołacz - Kierskie - Wysogotowo - Skórzewo
-
DST
48.10km
-
Teren
10.00km
-
Czas
02:03
-
VAVG
23.46km/h
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Ufff, ale się zmordowałem.
Dziś pogoda była nieco słoneczna i wyraźnie cieplejsza niż wczoraj, więc ubrałem się lżej. I efekt był taki, że od razu musiałem zacząć jechać dynamiczniej, bo aż tak ciepło to jednak nie było i trzeba się było rozgrzać.
Wymyśliłem sobie, że zobaczę jak późna jesień wygląda nad Rusałką.
Dojechawszy nad nią, dogoniłem cyklistkę. A że figurę miała niezłą i jechała dynamicznie (>25 kmh), ruszyłem za nią. Plus tego był taki, że wykonywała za mnie czarną robotę, to jest uprzejmie, ale stanowczo wymuszała na wyjątkowo licznych pieszych zrobienie choć trochę miejsca na przejazd. Kiedy dotarliśmy w okolicę kąpieliska, wyprzedziłem ją jednak. Role się odwróciły i teraz cyklistka jechała za mną. Ciekawa, czy gapiła się na mój tyłek, tak samo jak ja na jej? (pytanie retoryczne). W każdym razie, tuż przed przejazdem przez Lutycką w stronę Strzeszynka, kiedy przystanąłem celem wysmarkania się (sromałem się bowiem smarknąć w biegu przez ramię, bo a nuż bym ją jeszcze trafił?), zostałem wyprzedzony. Po wyprzedzeniu krew we mnie zawrzała i powodowany po części samczym duchem rywalizacji, a po części samczo-atawistyczną chęcią ponownego rzucenia okiem na coś innego niż tylko drzewa i opadłe liście (bo ileż można się tym zachwycać?) puściłem się w pogoń. Dogoniłem ją dopiero przed kąpieliskiem w Strzeszynku, gdzie przystanęła. Ku memu zdziwieniu, nie była dziewczyną, ale szczupłą i wysportowaną kobietą w wieku milfoidalnym. I tu wreszcie dobijam do puenty w tej dygresji: otóż zużywszy swe siły na pogoń, już nad Kierskim byłem dość sflaczały.
Ale twardo jechałem dalej - po przejechaniu wzdłuż wschodniego brzegu jeziora ulicą o adekwatnej nazwie Nad Jeziorem, dojechałem do Międzyzdrojskiej, a potem Słupską przejechałem do Przeźmierowa, by stamtąd przez rondo w ciągu dróg 184 i 307 dojechać do Wysogotowa i Skórzewa, skąd dalej Malwową i Grunwaldzką dojechałem tam gdzie wiatr zawraca, słońce znika (Os. Kopernika, Os. Kopernika...). Dodam tylko, że mimo głodu i drżenia mięśni, dostałem nowych sił za Rondem Starołęka. Może wtedy zaczął mi się spalać tłuszcz na brzuchu? W każdym razie dojechawszy do domu, z marszu zjadłem trzy łyżki miodu, żeby szybko dostarczyć organizmowi niezbędnych kalorii.
W drodze towarzyszył mi Pain (industrialny projekt Petera Tagtgrena) oraz Hadouken! (dla mnie będąca nowocześniejszą i bardziej strawną wersją The Prodigy). Chciałem słuchać Riverside, o którym pisałem wczoraj (bo właśnie kupiłem sobie ich sześciopłytową składankę :), ale progresywny klimat nie dawał należytego kopa, którego tak potrzebowałem.
A w drodze, starając się myśleć o czymś innym niż ogarniającym poczuciu zmęczenia, wspominałem film, który obejrzałem wczoraj w kinie - "Listy do M.". Można powiedzieć, że jest to szablonowy, słodko-łzawy filmy ("komedia romantyczna", uch...), odwołujący się do tanich wzruszeń. Ale można też powiedzieć, że jest to rzetelnie wykonane rzemiosło, bezpretensjonalne, unikające kiczu i trafiające do emocji, które (prawie) wszyscy chcieli by przeżywać. Jeśli miałbym kogoś wyróżnić (bo film ma wielu bohaterów, a wszyscy zagrani są co najmniej poprawnie), to Malajkata za rolę dojrzałego już mężczyzny (tak, tak - od czasu kiedy zagrał np. młokosowatego Rzędziana w "Ogniem i Mieczem" minęło już parę lat). Oraz parę Maciej Stuhr - Roma Gąsiorowska-Żurawska. Do Stuhra mam słabość po świetnej roli w serialu mroczno-kryminalnym "Glina". Natomiast nienachalna uroda Gąsiorowskiej świetnie pasowała do postaci brzydkiego kaczątka. Tak czy siak - film wszystkim polecam.
Garby
-
DST
31.90km
-
Teren
23.00km
-
Czas
01:35
-
VAVG
20.15km/h
-
Temperatura
4.0°C
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dzisiaj pobłądziłem sobie po lasach w trójkącie Kobyle Pole - Nowa Wieś - Tulce. Całkiem przyjemnie, choć - chyba z uwagi na to, że jeszcze nie przywykłem do dość już zimnego powietrza - miałem problem wydolnościowy i jechałem w średniowolnym tempie. Choć mając w uszach Porcupine Tree "Insignificance" nie chciało mi się jechać specjalnie szybko :) Taka to muzyka... Bardzo zacna, trzeba dodać.
Wyjechawszy z lasu w stronę wsi Garby niemal oniemiałem - pejzaż był przepiękny: z prawej łagodne, zielone wyniesienie, lekko nieostre w jesiennym powietrzu z dachami domów niknącymi na horyzoncie, z lewej pole na przemian zielone od trawy i ciemnobrunatne po zaoraniu, a do tego na horyzoncie ściana lasu, a bliżej szpalery drzew na miedzy. Góry i morze są malownicze, ale nie ma to jak nasz wielkopolski krajobraz!
Wracałem już nieco szybciej, słuchając Riverside - swojego odkrycia sprzed paru tygodni. Ich pierwsza płyta (sprzed ponad 8 lat), to mieszanka miejscami energetycznego, a miejscami spokojnego progresywnego rocka, gdzie nie brak też metalowych riffów. A całości dopełnia świetna sekcja rytmiczna, z wyraźnie zaznaczoną, ciekawą linią basu.
Słowem - bardzo miły wyjazd, może nie nazbyt sportowy, ale na pewno relaksacyjny. A relaksacji dopełnił chmielowy napój izotoniczny, spożyty jak należy, bo już po 13 :)
Chłodnym listopadowym rankiem
-
DST
9.40km
-
Teren
1.00km
-
Czas
00:25
-
VAVG
22.56km/h
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Krótki wypad wokół Malty od 7:15 do 7:45. Zimno, choć jeszcze nie mroźno. Odzież zdała egzamin, a najgorsze były - tak jak się spodziewałem - zatykające nos smarki, tworzące się w nosie w reakcji na kontakt z chłodnym powietrzem.
Wyjścia są dwa: opanować do perfekcji sztukę smarkania bez chusteczki (...i tak ocieram potem nos rękawiczką, he he), albo jeździć w masce, tak jak dwóch bajkerów, których spotkałem po drodze.
Nad Dymaczewskie
-
DST
78.90km
-
Teren
50.00km
-
Czas
03:30
-
VAVG
22.54km/h
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
To miał być 1-2 godzinny wyjazd. Ale przystałem na propozycję Josipa i... no właśnie. Nie, żebym żałował. W każdym razie dystans był większy niż planowałem :)
Trasa bardzo malownicza, jak to w WPN-ie. No i ten szum roweru mknącego po kobiercu z liści!
Z Josipem umówiłem się pod pomnikiem siewcy, na skwerze przy ul. R.Maya w Luboniu. Niecnota mówił, że będzie jechał asfaltem, więc wyjechałem mu naprzeciw. Oczywiście przyjechał inną drogą. Ale nie ma co narzekać - dzięki temu aż dwa razy mogłem podziwiać perły ceglanej architektury industrialnej, obecnie na terenie Lubanta S.A.
Po spotkaniu się, pomknęliśmy standardowo wzdłuż Kocich Dołów, przez piaski, koło dawnej przeprawy promowej i dalej do Puszczykowa. Na tym odcinku było wyjątkowo tłoczno - natrafiliśmy na kawalkadę rowerzystów jadącą do Puszczykowa, a i z naprzeciwka jechało sporo osób.
Od kawalkady odłączyliśmy się, skręciwszy w stronę stacji PKP Puszczykówko, by pomknąć przez Puszczykowskie Góry w stronę jez. Jarosławieckiego. A potem przebiliśmy się do jez. Dymaczewskiego, a dzięki niższemu stanowi wody udało nam się przejechać wzdłuż brzegu czarnym szlakiem. Jazda wzdłuż jeziora była ciekawa, z licznym stromymi momentami, wyznaczanymi przez - chyba - koryta strumieni spływających w czasie roztopów do jeziora. Po przejechaniu jeziora i przebiciu się przez las na północ od Krosinka dotarliśmy do drogi Stęszew - Mosina i trzymając się asfaltu przebiliśmy do Rogalinka, by stamtąd przez Kubalin, Babki i ul. Ożarowską przebić się do ul. Gołężyckiej, gdzie się rozstaliśmy.
Podsumowując - fenomenalna jesień, liście szeleściły aż miło. A im więcej km-ów, tym i frajda większa!
Dla Josipa podziękowania za pomoc z zakleszczonym łańcuchem i za Snickersa w Mosinie :)
Josip na przedzie, troskliwie ogląda się, czy nie zostałem z tyłu.
Malownicze brzozy na polanie obok jeziora Dymaczewskiego
Zakrzewo
-
DST
56.00km
-
Czas
02:33
-
VAVG
21.96km/h
-
Temperatura
8.0°C
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Pogoda dziś była jak wczoraj - słonecznie, ale dość zimno i starałem się nie łykać za dużo wiatru ustami.
Stwierdzam, że jestem żonocentryczny - w piątek pojechałem sprawdzić jej dojazd na studia, dziś pojechałem zobaczyć jak wygląda jej dojazd do pracy - trasa biegnie bowiem przez budowaną zachodnią obwodnicę Poznania w ciągu drogi S11. Zaliczyłem więc wszystkie 3 ronda na trasie Skórzewo-Zakrzewo oraz zobaczyłem nowy węzeł dróg 307 i S11.
Wracałem dwupasmową 307, oznakowaną tak, że kierowcy nie do końca wiedzieli jak jechać - jedni jechali dwukierunkowo północną nitką, inni (ci zmierzający do Poznania), korzystali już z południowej nitki. Drzew w pasie ruchu tam już nie ma, a kanały odprowadzające deszczówkę wydają się odpowiednio głębokie - szwagierka nie będzie chyba musiała w najbliższym czasie uganiać się tam w kaloszkach, ani wykłócać z gminą o odszkodowanie za wycięcie drzew... :)
Wyjeżdżając z Poznania musiałem 2 razy przeciąć trasę maraton, a raz mogłem oglądać biegaczy z wysokości wiaduktu nad Drogą Dębińską.
Prawiestuwa
-
DST
96.00km
-
Teren
26.00km
-
Czas
04:08
-
VAVG
23.23km/h
-
Temperatura
10.0°C
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Prawie tak jak miało być.
Wyjazd w miarę wcześnie - po 9 rano. Słońce, rześki wiatr i duży zapas czasu na pokonanie trasy. Tylko nogi nie chciały pracować tak jak miały...
Ale mimo, że chwilę zwątpienia miałem już po nastym kilometrze, pozostałem niezłomny - ich will nach Schrimm! I się udało :)
Trasa wklejona poniżej.
Łąbedzi Szlak Rowerowy, na który się wbiłem z drogi powiatowej Czapury - Rogalinek dodał mi trochę kilometrów i nieźle wytrząsł mi tyłek (sosnowy bór = korzenie w poprzek ścieżki).
Z kolei szlak Konwaliowy między Mosiną a Śremem, na który skręciłem w Krajkowie jest dobrze oznakowany, a leśny dukt jest w dobrym stanie - to był najlepszy odcinek trasy!
Żałuję, że nie ufociłem wieży radiowej w Górze koło Śremu, robi wrażenie, zwłaszcza jej mocowania (stalowe liny, przymocowane do betonowych wsporników).
Sam Śrem niestety nie zachwycił (dear Śremians, I mean no harm!) i nie zagościłem w nim długo. Trochę pracy jeszcze przez miejskim samorządem, aby przywrócić świetność starej zabudowie - i sądzę, że to się uda, w końcu Śrem to nie byle mieścina, ale ważne i stosunkowo duże miasto powiatowe. Już zaczęli się reklamować, słusznie promując malownicze okolice nad Wartą.
W trakcie jazdy wypiłem termos kawy i zżarłem Marsa i Snickersa. Slogan reklamowy tego ostatniego ("i jedziesz dalej!") ku memu zdziwieniu jest prawdziwy! Od Zbrudzewa jechałem już "na oparach", na liczniku było 23 kmh, ale zrobiłem przerwę w Świątnikach, schrupałem batona i już było 27 :)
Podsumowując - udana wycieczka, żyję, mam się dobrze, jutro też planuję wyjść na rower. Szkoda tylko, że prędkość podróżną na asfalcie miałem ok. 25 kmh - liczyłem na 30. Ale trening czyni mistrza :)


