Szwendam się
-
DST
23.20km
-
Czas
01:06
-
VAVG
21.09km/h
-
Temperatura
18.0°C
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Po powrocie z delegacji do W-wy (ależ tam parno było), wyszedłem sobie na rower. Niespecjalnie mi się chciało, więc poszwendałem się trochę i wróciłem do domu.
Temperatura poniżej 20 stopni, ależ wytchnienie po niedawnych upałach!
Więc miazmatów dziś nie było, dupeczek też nie (no, może parę...).
Wdychając asfaltowo-betonowe miazmaty
-
DST
31.10km
-
Czas
01:33
-
VAVG
20.06km/h
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Zmęczony piątkowym, a następnie sobotnim wieczorem zdecydowałem się "wyjść na miasto", ale w innym znaczeniu tego słowa.
Owiany delikatnym wieczornym wiaterkiem, z ambientem w słuchawkach, jechałem przez moje miasto, a ono w ten ciepły niedzielny wieczór parowało żarem, w którym prażyło się od rana. I zapach, który wówczas wydziela, wcale nie jest wstrętny. Betonowo-asfaltowy opar łagodzony jest zapachem rozsianych tu i ówdzie parków i skwerków. Czasem może czuć spalinę, albo psie gówno, ale to tylko dodaje mu uroku :)
Szreniawa
-
DST
48.11km
-
Teren
15.00km
-
Czas
02:13
-
VAVG
21.70km/h
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Moim marzeniem jest obudzić się kiedyś rześkim we wczesny sobotni poranek i pocisnąć konkretnie od bladego świtu do południa, a przez resztę dnia zasłużenie (przynajmniej jeśli chodzi o spalanie kalorii...) się byczyć. Ale tym razem się nie udało! Wyjechałem dopiero ok. 10.
Zainspirowany niedawną trasą Josipa, chciałem sprawdzić, gdzież jest ta wieża widokowa w Szreniawie, a przy okazji przejechać się po dłuższej przerwie nadwarciańską trasą Luboń - Puszczykówko.
Zaczęło się przyjemnie, słońce grzało, ale wietrzyk chłodził, nie czuło się upału, tak jak później popołudniu. Bez problemów przejechałem znaną do znudzenia trasę: Kurlandzka - Obodrzycka (nareszcie równa, bo drogowcy wylali nowy asfalt) - Forteczna - most kolejowy na Starołęce - Dębina i wzdłuż Dolnej Wildy do Lubonia. W Luboniu odbija się w lewo, by ulicami 3 Maja i Rzeczną dotrzeć nad Wartę. Kiedy tak się jedzie, warto zwrócić uwagę na wąskie łaty świeższego asfaltu, ślad po budowie kanalizacji sanitarnej. Swego czasu składałem (z dobrym skutkiem) wnioski o pożyczkę z WFOŚiGW na tę inwestycję :)
Trasa wzdłuż Warty jest bardziej niż zwykle zapiaszczona, co składam na karb nie tylko suchej aury w ostatnich tygodniach, ale także wczesnowiosennych powodzi - Warta musiała nieść wtedy dużo mułu, bo piaszczystych łach jest więcej niż zwykle. Ale da się jechać, mimo wszystko. Po drodze mija się powstający kompleks niskich bloków Warta Park. Ciekawi mnie bardzo, w kontekście wspomnianych powodzi, czy znajdą się nabywcy tych mieszkań. Jak dla mnie, garaże i piwnice będą na bank mniej lub bardziej zalewane co jakiś czas.
Po przecięciu ul. Romana Maya, szlak rowerowy wiedzie wzdłuż stawu o uroczej nazwie Kocie Doły. Jest to chyba jakieś starorzecze Warty, ale ja się nie znam...
Tak czy siak, po minięciu Kocich Dołów wjeżdża się do lasu, stanowiącego niejako forpocztę kompleksów leśnych Wielkopolskiego Parku Narodowego. Szlak po drodze mija dawne stanowisko promowe, by potem prowadzić wzdłuż meandrującej Warty. Warta nie jest królową polskich rzek, ale potrafi być malownicza. Zarówno, kiedy jest szeroko rozlana pod Rogalinkiem i Śremem, jak i wtedy, kiedy meandruje między skarpami, tak jak na odcinku w okolicach Wiórka i Puszczykówka właśnie. Podziwianie widoków nie przychodzi bezboleśnie, bo tyłek ma się wytrzęsiony na rozlicznych wykrotach. Na piaszczystych nadrzecznych skarpach króluje bowiem sosna, rzucająca pod koła szyszki i wystawiająca korzenie. A że ścieżka to - jak mawiają fachowcy - singiel (single track), to ominąć ich nie sposób. Ale ten kto lubi, tak jak ja, zapach igliwia i żywicy, potrafi sosnom to wybaczyć :)
Dzięki rekonesansowi Josipa wiedziałem, że oba mostki na dopływach Warty są przejezdne i bez problemu dojechałem do Puszczykówka, gdzie odbiłem w stronę stacji kolejowej, by następnie zawrócić nieco na północ i po krótkiej jeździe drogą rowerową wzdłuż drogi nr 430 odbić w stronę Wirów. Tu znowu zaczęło być malowniczo za sprawą rzeczki Wirenki, która spływa do Warty dolinką o dość stromych zboczach. Od strony drogi są na nich ciekawie wkomponowane w zbocza domy jednorodzinne, po drugiej stronie widać łąki i biegnące po nich słupy wysokiego napięcia.
Po drodze przejeżdża się pod biegnącymi nasypem torami na trasie do Wolsztyna, które potem (as if by magic :) biegną wykopem, który - po tym jak odbiłem z Wir w kierunku Szreniawy, wziąłem za dolinę Wirenki. Polna droga, łącząca Wiry ze Szreniawą, wiedzie po morenowym wyniesieniu. W południowym słońcu, przy bezchmurnym niemal niebie, widać było z niego majaczący w dali Poznań, a konkretnie jego tzw. skyline. Z łatwością można dostrzec stadion, PFC i Andersię, punktowiec Uniwersytetu Ekonomicznego, a na pierwszym planie Osiedle Kopernika (koniec świata, wiatr zawraca, słońce znika...). Mój Samsung Monte ze swoimi 3,2 milionami pikseli nie dał niestety rady oddać głębi tego widoku. A szkoda.
Rzeczoną polną drogą dojechałem do budowanego osiedla domków jednorodzinnych w pobliżu torów kolejowych, które w międzyczasie znowu zaczęły znowu prowadzić po niewysokim nasypie. Za nimi zobaczyłem wieżę widokową. Uznawszy to za spełnienie celu wycieczki (bo wchodzić i tak nie miałem zamiaru), odbiłem w stronę Komornik, by następnie asfaltem (wzdłuż drogi nr 5, a potem przez Świerczewo i Dębiec) wrócić do domu.
Podsumowując: fajna wycieczka, a pełne słońce pomogło wydobyć piękno podpoznańskiego krajobrazu. I nawet zdygany specjalnie nie byłem po powrocie, spokojnie dałem radę parę bronków wieczorem w Szamotułach zrobić :)
Malownicza Warta
Starorzecze
Linia wysokiego napięcia w okolicach Szreniawy
Malta wieczorem
-
DST
22.20km
-
Czas
00:50
-
VAVG
26.64km/h
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Trzy rundki wokół Malty i do domu. Jechałem ok. 21, widno, ciepło, muszki latają.
Ale komary nie rypią...
Wokół Dziewiczej
-
DST
41.45km
-
Teren
12.00km
-
Czas
01:50
-
VAVG
22.61km/h
-
VMAX
45.16km/h
-
Temperatura
19.0°C
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
I znowu Dziewicza. Ścieżki wokół niej przestają mi się wydawać poplątane.
Jechałem trasą zbliżoną do wczorajszej, tylko, że na odwrót - zacząłem od Zielińca i Ligowca. Tym razem zagłębiłem się bardziej w lasy komunalne między osiedlem Zieliniec a Bałtycką i wyjechałem koło strzelnicy, gdzie akurat mniej lub bardziej zażywni panowie w spodniach moro ćwiczyli się w posługiwaniu dubeltówką.
Dojechawszy do Kicina zagłębiłem się w lasy wokół Dziewiczej Góry, po których jechało się naprawdę przyjemnie. Dzięki memu wyczuciu (ha, ma się ten szósty zmysł), udało mi się w porę odbić z pierścienia rowerowego i wjechać na górę ścieżką oznakowaną łącznie szlakiem niebieskim, żółtym i czerwonym, a potem zjechać szlakiem czerwonym do asfaltu prowadzącego do Czerwonaka. Powrót miałem standardowy, drogą wojewódzką przez Koziegłowy do Poznania, a potem Chemiczną, Hlonda i wzdłuż Malty.
Na całości trasy słuchałem krzyków, szeptów i zawodzenia facetki znanej jako Otep Shamaya. Piszę "facetki", bo nie dość, że jest lesbijką, to jeszcze wegetarianką. Ale tu ją mamy! Może i w miłości nie potrzebuje facetów, ale jej krzyki byłyby na nic, gdyby nie solidne riffy i dudniąca sekcja rytmiczna, obsługiwana jednak przez osobników płci męskiej. A płytę "Smash The Control Machine" polecam wszystkim miłośnikom ciężkich brzmień.
_ _ _ _
Widząc takie leśne korytarze, aż chce się jechać!
/widget
Twice lost in the forest
-
DST
32.31km
-
Teren
7.00km
-
Czas
01:28
-
VAVG
22.03km/h
-
VMAX
44.73km/h
-
Aktywność Jazda na rowerze
Udało się! Wyjechałem z Poznania :)
Byłem, niemal jak zwykle, ograniczony czasowo, więc tylko wjechałem na "szczyt" Dziewiczej Góry (szumna to nazwa jak na wzniesienie 143 m npm!), zjechałem zjazdem od północnej strony, z początku wyglądającym dość łagodnie. Plątanina ścieżek jaka się ukazała mym oczom uniemożliwiła brawurową jazdę, bo nie dość, że trzeba uważać na odsłonięte korzenie, to jeszcze musiałem pilnować ścieżki, bo co i rusz jakieś rozwidlenia i skrzyżowania były. Ale udało mi się, dokonując paru skrętów "na czuja", dojechać do Kicina, tak jak planowałem (lost in the forest once :). W Kicinie znowu trochę pokręciłem, mijając kościół i przebijając się do nowej drogi łączącej Kicin z Jankowicami. Początkowo zresztą chciałem zresztą z Kicina jechać do Wierzenicy i wrócić przez Gruszczyn, ale że byłem ograniczony czasowo, zdecydowałem się na krótszą trasę.
Nie żałowałem wyboru, bo droga do Jankowic malowniczo wspina się na morenowy wał przed Jankowicami (zdjęcie poniżej!), by potem dość stromo zejść w dolinę rzeczki Główna. Po przekroczeniu Głównej wyjechałem w Ligowcu obok lotniska, gdzie akurat był jakiś festyn i pokaz akrobacji lotniczych. Objechawszy lotnisko, przeciąłem tory kolejowe korzystając z betonowego tuneliku pod nasypem. Za torami zagłębiłem się w las i tutaj trochę się zaniepokoiłem, bo czasu do planowanego powrotu było co raz mniej, a ja nie byłem pewien, którędy wiedzie najkrótsza droga (lost in the forest twice :). Ostatecznie, jadąc trochę na azymut i kolejny raz skręcając "na czuja" w plątaninie leśnych duktów, wyjechałem w Zielińcu. Tutaj wzruszenie ogarnęło mnie na widok przystanków autobusu linii 66. Wszak pierwszy raz zobaczyłem pętlę mojego ulubionego autobusu (ulubionego, bo gwarantującego najkrótszy dojazd z Os. Rusa na Rondo Rataje). W Zielińcu znowu trochę pokręciłem, przeciąłem kolejne tory kolejowe i znalazłem się nad jeziorem Swarzędzkim, skąd już bezproblemowo, acz z lekkim poślizgiem czasowym, dotarłem do domu korzystając ze ścieżki rowerowej.
Poranna rozgrzewka
-
DST
10.30km
-
Czas
00:26
-
VAVG
23.77km/h
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Poranna rozgrzewka przed delegacją do Warszawy (EuroCity o 9:25, więc luuuz!). Czasu starczyło jeno na rundkę wokół Malty wraz z dojazdem do niej.
A w Warszawie spotkanie w lobby Sheratona, już w czwartek z okazji piątkowo-sobotniej wizyty Obamy, wszystkich wchodzących kontrolowali BORowcy , he he.
Nadwarciańskie chęchy
-
DST
34.30km
-
Teren
4.00km
-
Czas
01:39
-
VAVG
20.79km/h
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Ten blog stanie się niebawem pamiętnikiem mej niemocy. Mej niemocy wyjechania z Poznania. Ale może ta niemoc z miłości do rodzinnego miasta wynika? Ale musi to być miłość bardzo zaborcza, szowinistyczna, bo wstrętne mi było nawet wyjechać do sąsiedniej, przyjaznej gminy Czerwonak, żeby po raz kolejny zdobyć Dziewiczą Górę.
W każdym razie, zupełnie lajtowo (bo i nie chciało mi się i mimo słonecznej pogody zimny wietrzyk wiał zniechęcająco...) pojechałem sobie w chęchy nad Wartą na wysokości Wilczego Młyna i Naramowic. Trasa wiodła przez - jak zwykle - Maltę, następnie wzdłuż Hlonda, mostem Lecha, Lechicką koło lewobrzeżnej oczyszczalni do Wilczego Młyna.
Przy oczyszczalni moje nozdrza owionęły dwa zapachy. Pierwszy był niemiły (zgniły siakiś taki), ale drugi lekko orzeźwiający (coś jak chlor albo Domestos). Nie wiem co to było, ale zapytam szwagierki. Ona zrobiła studia kierunkowe i miała praktyki w Koziegłowach, może coś pamięta?
Po osiągnięciu Wilczego Młyna zjechałem nad Wartę, szukając przez chwilę magicznej ścieżki, która pozwoliłaby dotrzeć od mostu Lecha do wiaduktu kolejowego wzdłuż lewego brzegu Warty. Ale takowa chyba nie istnieje.
A potem było mozolne pedałowanie i parę widoków, jak poniżej. Powrót przez Rubież, Łużycką, Stroińskiego, Mieszka, Cytadelę, Garbary, Estkowskiego i Maltę.
Monumentalna estakada kolejowa na trasie poznańskiej obwodnicy kolejowej oraz nie mniej monumentalne rury z gorącą wodą z elektrociepłowni Karolin.
A oto i wspomniana elektrociepłownia. Z tego brzegu Warty wygląda jak słynna perelowska inwestycja w szczerym polu (faktycznie znajduje się w "poligono industrial" obok m.in. zakładów Unilever/Amino i Bridgestone).
Fauna Poznania, cz. I. Królik nadwarciański.
Fauna Poznania, cz. II. Koza. Ulubione zwierzę hodowlane wspomnianej szwagierki.
Ciągle Poznań
-
DST
51.20km
-
Teren
5.00km
-
Czas
02:05
-
VAVG
24.58km/h
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
O tym, że nie mogę się wydostać z Poznania już pisałem. Tym razem miałem szczerą chęć udać się na wschód, w kierunku Kostrzyna (tak sobie jakoś wymyśliłem, impuls z kosmosu). Ale poczułem inny impuls tuż przed wycieczką i pojechałem na północ.
No i zrobił się kolejny tour de Poznań.
Słońce przyjemnie grzało, a ja przezornie miałem na głowie saharianę z mojego buffa, ciemne okulary i ręce posmarowane kremem do opalania.
Z żoną na spacer, part... któryś tam z kolei
-
DST
12.75km
-
Sprzęt Cube Analog
-
Aktywność Jazda na rowerze
Jak już pisałem onegdaj, czasu przejazdu nie podaję, żeby nie psuć ogólnej statystyki.
A z żoną jak zwykle przyjemnie, choć ona (żona...) narzeka, że ją rower bije - a to pedałem walnie znienacka, a to kierownicą siniaka nabije.


